Aliexpress, Makijaż, Pielęgnacja, Pielęgnacja koreańska

Denko #6

Kolejny raz zapełniło mi się wiadro, co jest wyraźnym znakiem, że czas na denko. A co w nim? Kilka porządnych bubli i kilka ulubionych kosmetyków. Część z nich mocno mnie zdziwiła, o części zmieniłam zdanie podczas używania. Zaciekawieni? Zapraszam do czytania

Do włosów

got2b Fresh it Up suchy szampon w wersji Brown– mój absolutny must have. Bardzo ładnie czyści włosy w kryzysowej sytuacji, nie matując ich zbyt mocno. Faktycznie nie bieli. Jedyny minus to zapach sztucznego kakao, bleh. Nie lubię takich zapachów w kosmetykach.

Wella lakier do włosów wellaflex instant volume Boost– BUBEL TOTALNY. Zdarzały mi się różne lakiery, ale zawsze mogłam je zużyć do końca. Tego się po prostu nie dało. Nie dość, że dyfuzor wypuszczał nie mgiełkę, ale wręcz nawałnicę produktu- działał dosłownie jak zraszacz do trawy, to jeszcze mega mocno pachniał. Nie dało się go używać w łazience bez podduszania się tym smrodkiem.  Ponadto zlepiał włosy, zostawiał na nich „rosę”, nie dawał się wyczesywać i paskudnie obciążał mi grzywkę. Nie zużyłam go nawet w 1/4 i nie chcę go więcej widzieć.

Syoss Full hair 5 lakier do włosów– kolejny lakier z Syoss, który był ok. Nie szalałam za nim jakoś szczególnie, ale w porównaniu do poprzednika był rewelacyjny (o co w sumie nietrudno)

Radical med odżywka przeciwko wypadaniu włosów– nic innego jak wcierka do skóry głowy w sprayu, ale uwaga, uwaga- DZIAŁAŁA. Serio. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że po stosowaniu takiego produktu  dostałam wręcz wysypu babyhair. Super sprawa i na pewno będę polowała na kolejną sztukę, bo tę kupiłam przypadkiem przy okazji innych zakupów. Dodatkowo spray genialnie ułatwia dozowanie przez co nie trzeba wytrzepywać produktu i próbować go rozprowadzić po skórze głowy za pomocą dłoni. Polecam.

Do mycia

Yope żel pod prysznic Geranium– jeden z moich ulubionych zapachów żeli tej marki. Niestety jak inne żele tej marki dość słabo się pieni, ale wynagradza składem. Czy wróci do mnie? Raczej nie. Więcej o żelach Yope- klik.

Vivian Gray żel pod prysznic Orange& Peach– bardzo przyjemny żel o dość słodkim, owocowym zapachu. Dobrze się pienił. Mył. Ma całkiem fajne, sztywne opakowanie, które może być później używane jako dozownik do innych produktów.

Green Pahrmacy Żel do higieny intymnej Kora dębu i żurawina– bardzo fajny produkt. Posiada absolutnie „niemajątkowy” zapach, przez co nadaje się też do mycia twarzy, Nie podrażnia skóry.

Green Pahrmacy Żel do higieny intymnej szałwia lekarska i allantoina– chyba lubię tę firmę, w szczególności za ich zapachy. Podoba mi się, ze łączą ziołowe nuty z „czymś świeżym” przez co nie dostajemy produktu mdląco- słodkiego. Tak jak powyżej, kolejny bardzo fajny produkt tej marki.

Equilibra arganowa pianka do mycia twarzy– BUBEL!!! Coś tragicznego. Pachnie moczem i w ogóle się nie pieni. Miałam do niej kilkanaście podejść i nie mam już siły, wyrzucam prawie pełny. Więcej o piankach do twarzy- klik.

Ziaja żel micelarny ogórek, mieta i kwas PHA– całkiem przyjemny produkt, który może być używany jako drugi produkt do mycia twarzy. W moim domu wylądował ostatecznie jako zmywak dla mojego Pół. Ma bardzo przyjemny zapach, nie zauważyłam żeby podrażniał oczy (ale nie wcierałam go w nie jakoś zawzięcie).

Missha Super Seed Cleansing Foam Green Tea- jedna z moich pierwszych pianek w kremie i naprawdę super produkt. Z czasem polubiłam ją jeszcze bardziej. Więcej o piance- klik.

Vita Product pasta do zębów biała perła– czasami lubię kupić jakąś „Eko” pastę do zębów, ale póki co przy ich używaniu spotyka mnie rozczarowanie. Nie inaczej było tutaj. Pasta ma smak gumki recepturki i pomimo że domywa zęby, to najprzyjemniejsze to nie jest. I tak, posmak zostaje po wypłukaniu ust. Sami zdecydujcie, czy chcecie ją mieć.

Do pielęgnacji

Benton Snail Bee Hight Content Skin– powiedziałabym, że jest to mój hit 2018r. gdyby nie fakt, że później trafiłam na tonik-esencję od Pyunkang Yul. Tak czy inaczej tonik był bardzo przyjemny w używaniu, nie odliczałam dni do jego końca. Koił i nawilżał skórę. Nadawał się do metody 7th skin- klik. Gdyby nie to, że mam na oku 50 innych toników, to pewnie bym do niego wróciła. Więcej o toniku- klik

Benton Bee Snail Hight Content Lotion– drugi produkt z zestawu Bee Snail. Muszę przyznać, że miał całkiem niezłą wydajność, bo kiedy po pół roku stosowania najzwyczajniej w świecie chciałam go już zużyć, to pomimo wsmarowywania go w dekolt- prawie do pępka i w ręce- aż po pachy, 1/3 butelki starczyła mi jeszcze na półtora miesiąca. Co do jego stosowania, to początkowy efekt WOW minął mi po ok. drugim miesiącu. Nie mówię, że jest to zły produkt. Absolutnie nie. Podejrzewam, że po prostu stan mojej skóry tak się poprawił, że przestałam zauważać jego działanie. Więcej o lotionie możecie przeczytać tutaj- klik.

Benton Fermentation Essence– pozostaję w temacie Bentona i ze smutkiem ogłaszam, że zdenkowałam cudowną esencję. Bardzo się lubiła z moją skórą, wyraźnie wpłynęła na poprawę jej stanu. Kiedyś do mnie wróci. Więcej o esencji- klik.

Avon Plante SPA maska z minerałami z morza martwego– bardzo przyzwoity produkt, szczególnie dla osób, które lubią używać gotowych produktów. Może składem nie powala, ale faktycznie przysusza i łagodzi zmiany na skórze, oczyszcza i nie przesusza skóry. Więcej o maskach Avon- klik.

Naturativ Cuddling body butter– masło do ciała o zapachu karmelu, wanilii i trawy cytrynowej. Jak to stwierdził mój Pół- pachnie jak babka cytrynowa. Dla mnie zapach zbyt duszny i słodki. Dlatego Pół zużywał go na ochotnika w charakterze kremu do rąk. Cudów nie zrobił, ale też nie zaszkodził. Jak stwierdził Pół- był ok. Wydaje mi się, że jest to dość drogi produkt, więc raczej sama bym go nie kupiła jeszcze raz- znam lepsze.

Bio-natural cosmetics– olejek arganowy- kupiony w szale olejowania wszystkiego. Niestety szał nie poszedł w parze z samozaparciem i konsekwentnością w stosowaniu. No i dodatkowo jakoś szczególnie nie służył mojej skórze, wolę już olej z moringi. Ale absolutnie nie był zły, po prostu to nie dla mnie.

Eveline liftingujący roll-on pod oczy– produkt kupiony w przypływie natchnienia na rolowanie skóry pod oczami. Sama zawartość robiła mojej skórze nic, a dodatkowo aplikacja była szalenie irytująca, bo metalowa kuleczka często się zacinała. Ale fakt, kulka była zimna. Tak czy inaczej produkt totalnie bez szału.  

Do ciała

Garnier Mineral antyperspirant Invisible– był ok, robił to, co miał robić. Jak źle go rozmieszałam w butelce, to zdarzało mu się zostawić ślady na czarnym ubraniu, ale nigdy nie zrobił mi na koszulkach takiej paskudnej, żółtej zlepki.

Nivea fresk natural dezodorant– nie, nie i jeszcze raz nie. Nie wiem co nie poszło Nivea przy produkcji tego sprayu, bo normalnie lubię ich psikacze. Ten był po prostu totalnie nieskuteczny. Obrazując Wam sytuację, kiedy go używałam czułam się jak śmierdzący nastolatek podczas burzy hormonów, który chodzi w zapoconej koszulce po w-fie. Paskudztwo

Alterra sport deo- spray trawa cytrynowa i cytryna– to jest trochę takie dziwactwo, bo nie jest to taki typowy dezodorant, tylko po prostu spray. Oprócz tego, że trochę „moczy” pachy to o dziwo spełnia swoją funkcję. Jest to ulubieniec mojego Pół. Jakiś czas temu próbowałam też „dziewczyńskiej” wersji tego produkt, ale dla mnie nie robiła nic.

Maski w płachcie

A’pieu sweet canola honey house mask– krótkie recenzje zdenkowanych maseczek chciałam rozpocząć właśnie od tej sztuki, bo jest REWELACYJNA. Nie dość, że płachta wykonana jest z przedziwnego materiału przypominającego woskowo- papierową folię, która cudownie dolega do skóry, to jeszcze ma cudny miodowy zapach i niesamowite nawilżające działanie. Maska nie jest droga a działa cuda. Wróci do mnie na pewno

dear Klairs Mignight Blue Calming Sheet Mask z tą maską czekałam na specjalną okazję żeby przetestować ten szeroko reklamowany uspokajający efekt. I wiecie co? Okazało się, że płachta faktycznie robi robotę. Użyłam jej po zastosowaniu kuracji z 40% kwasem glikolowym. Po nim zawsze moja skóra jest nadwrażliwa, zaczerwieniona i piekąca. Ta maska jednak bardzo szybko sobie z nią radzi. Skóra od prawie od razu jest ukojona. Dodatkowym plusem jest to, że maska składa się z dwóch części- góry i dołu, przez co lepiej można ją dopasować do swojej twarzy. Coś czuję, że będzie to mój must have po kwasach.

Mediheal Pumpkin ADE– maska ok, ale cudów nie robi. Skóra nie wymagała doklepania kremu po zdjęciu.

Pilaten Collagen Crystal Facial Mask– maska- porażka. Nie zrobiła nic, zjeżdżała z twarzy i tragicznie się darła przy próbie aplikacji. Dodatkowo uczucie jakie miałam podczas noszeniu jej na pyszczku było porównywalne do wysmarowania się zimnym budynie. Nie polecam

Maska z Apliexpress Pure Source– maska ok, nieźle wycięta płachta. Zostawiała dość klejącą warstwę.

Body Club Ginsening i Morning Glory– o dziwo o ile nie urwała mi czterech liter wersja z żeńszeniem, o tyle ta z powojem była całkiem ok, a nawet więcej niż ok. Jedna i druga zostawia dość klejącą warstwę.

HihEEL Dracula Real Horror Mask– maska dotarła do mnie w KoreaBoxie i nie dość, ze wyglądała cudacznie na twarzy to nieźle też nawilżała. W przeciwieństwie do koleżanek powyżej nie zostawiła na skórze warstwy, przez co na koniec rutyny doklepałam na nią jeszcze krem.

Bioaqua maska do ust– toż to czysta porażka. Ten żelowy glut nie robił absolutnie nic, oprócz tego, że udowodnił mi, że w określonych warunkach nie mogę przestać kłapać dziobem przez 15 minut.

Inne

Avon Cienie do powień w poduszeczce– niby wszystko ok, ale jakoś nie przekonuje mnie ten sposób aplikacji. Pigmentacja był w porządku, choć przy rozcieraniu robił się bardziej srebrno- niebieski, niż niebieski.

Avon eyeliner w pędzelki– kolor eyelinera bardzo mi się podobał, ale jego aplikacja doprowadzała mnie do palpitacji serca. Pierwsze pociągnięcie pędzelko-gąbeczki dawało całkiem zadowalający efekt, ale wszelkie próby dorysowana czy poprawki kończyły się starciem produktu z powieki.

Kobo perfect gel eyeliner mój pierwszy eyeliner w słoiczku i moja pierwsza wtopa w tym temacie. Przez dwa tygodnie produkt był spoko, ale szybciutko wysechł na wiór i  nic nie dało dodawanie do niego Duraline.  Co dziwne, bo kupiłam nowy, nierozpakowywany wcześniej produkt. Wszelkie próby ratowania produktu kończyły się tym, że po aplikacji strasznie się kruszył.

dear Klairs supple preparation unscented toner– próbka- po trzech użyciach mogę stwierdzić, że produkt jest bardzo wydajny, szybko się wchłania i nie podrażnia skóry. Mam jego pełną wersję, więc z czasem na blogu pojawi się pewnie więcej informacji o nim.

I to tyle ode mnie tym razem. Do poczytania.

Może Ci się również spodobać....

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
2 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Okiem MarzycielkiBardziejmilo Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Bardziejmilo
Gość

Spore denko 😉 Muszę zrobić też u siebie w końcu.. Niczego stąd nie miałam 🙂

Okiem Marzycielki
Gość

Duże denko! Znam jedynie maseczkę Planet Spa z Avonu 🙂