Pielęgnacja

The Ordinary- małe wielkie cuda

Czy komuś trzeba przedstawiać markę The Ordinary? Wydaje mi się że nie. Te produkty od zeszłego roku zawojowały kosmetyczki chyba w każdym domu na świecie. Jeśli jednak okazałoby się, że ostatni rok spędziliście w samotni w Bieszczadach, odcięci od internetu, to mówię Wam, tą marką powinniście zainteresować się niezwłocznie po powrocie do cywilizacji.

O marce słów kilka

The Ordinary jest marką własną Deciem- dużego koncernu kosmetycznego, w którego skład wchodzą również produkty wypuszczane pod logo NIOD, Hylamide, The Chemistry Brand, Abnormaly, Loopha, HIF i właśnie The Ordinary. Ta ostatnia linia, o której kilku produktach będzie dzisiaj mowa, jako hasło przewodnie swoich produktów postawiła prostotę, przejrzystość i przystępne ceny. Czy tak jest w rzeczywistości?

I tak i nie, bo z jednej strony witryna internetowa The Ordinary krok po kroku przedstawia nam wszystkie swoje produkty, jak również wskazuje co z czym i jak łączyć… jednak przy takim gąszczu produktów ciężko tę wiedzę sobie przyswoić. I mówię to ja, czyli już nie taka pierwsza świeżynka w świecie składów kosmetyków.

Na czym więc polega fenomen The Ordinary? Na naprawdę porządnych i krótkich składach kosmetyków, które możemy nabyć za przystępną cenę, co przy odrobinie wysiłku z naszej strony może prowadzić do stworzenia naprawdę spersonalizowanej pielęgnacji. Jest jakieś ale? Oczywiście! Po pierwsze musimy poświęcić trochę czasu, aby zagłębić się w świat składów i sami dowiedzieć co dla nas mogłoby zadziałać najlepiej, a po drugie stworzona rutyna nie będzie już tak tania jak pojedynczy kosmetyk, który nie spełnia roli kompleksowej pielęgnacji. Niemniej uważam, iż zbudowanie całej rutyny w oparciu o produkty The Ordinary jest możliwe i choć może być trochę kosztowne, to daje jednak gwarancję, że będziemy używali do pielęgnacji produktów naprawdę wysokiej jakości.

Jest to mój pierwszy wpis o The Ordinary, gdyż z jednej strony nie chciałam złapać się na wysyp artykułów, które o marce pojawiły się niedługo po jej rozprzestrzenieniu na rynku kosmetycznym. Z drugiej zaś strony chciałam produkty te naprawdę dobrze przetestować, żeby przyjść do Was z kompletną recenzją, a nie zaledwie zajawką po kilku tygodniach ich stosowania. Flakoników „zwyklaków” mam całe mnóstwo, ale o większości nie mogę się jeszcze wypowiedzieć. Dlatego też do tego wpisu wybrałam te, którym widać już denko.

 Niacinamide 10% + Zinc 1% – Serum z Witaminą B3 i Cynkiem

Ten produkt to święty gral dla osób zmagających się z cerą nadreaktywną, trądzikową i przetłuszczającą się. Witamina B3 zawarta w produkcie zmniejsza widoczność rozszerzonych ujść gruczołów łojowych, ponadto poprawia nawodnienie skóry i zapobiega powstawaniu przebarwień, które często występują podczas leczenia dermatologicznego trądziku. Cynk zawarty w preparacie przyspiesza proces regeneracji skóry i skraca czas gojenia się ran.

Produkt ma lekką żelową, ale lejącą konsystencję i dość szybko wchłania się na w skórę pozostawiając na niej lekki mat. Po kilku dniach systematycznej aplikacji zauważyłam, że moja skóra w strefie T zaczęła się ciut mniej przetłuszczać, a przez to podkład mniej gromadził mi się wraz z sebum w zmarszczkach mimicznych. Nie była to oczywiście kolosalna różnica, ale umówmy się- produkty cuda nie istnieją. Co mogłam również zauważyć już po pierwszej aplikacji, to to, że zaczerwienienia na mojej twarzy lekko zbladły a widoczne stany zapalne delikatnie się uspokoiły.

Czego nie robić z tym produktem? Zdecydowanie nie zalecam stosowania zbyt dużej ilość, w myśl zasady, że im mniej tym lepiej. Produkt stosowany w zbyt dużej ilość zacznie Wam tworzyć na twarzy nieprzyjemną łuskę z zaschniętego żelu, która będzie pękać, lub prowadzić do rolowania się zaaplikowanych na niego produktów.

Czy więc warto? TAK. To jeden z tych produktów, które przypadną go gustu większości osób, no może za wyjątkiem tych, które mają ekstremalnie suchą skórę, choć uważam, że zawarty w produkcie niacynamid przysłuży się i takim osobom.

Cena za 30 ml ok 26zł

Buffet – Multi-Technology Peptide Serum – Peptydowe Serum Do Twarzy

Co do tego produktu długo nie mogłam sobie wyrobić zdania. Z jednej strony peptydy są składnikiem suuuuper potrzebnym dla skór po 30- tym roku życia, z drugiej zaś do tej pory nie mogę dojrzeć widocznych efektów stosowania tego serum. Niemniej wyzerowanie prawie całej buteleczki doprowadziło mnie do kilku wniosków, które mogą być dla Was przydatne.

 Serum zawiera 11 aminokwasów oraz kwas hialuronowy, które działają kondycjonująco na skórę, kilka kompleksów peptydowych (Matrixyl 3000, Matrixyl Synthe’6, Syn Ake, Relistase i Argirelox) o łącznym stężeniu 25,1% oraz probiotyki. Preparat przyspiesza naturalne procesy naprawcze naskórka i dostarcza niezbędne składniki odżywcze.

Wiecie, że w 2020 rok w pielęgnację skóry mają zawojować właśnie peptydy i probiotyki? Wydawałoby się, że ten produkt więc idealnie wpisuje się w trendy. Mimo wszystko regularne stosowanie pozostawiło mnie z uczuciem niedosytu. Dlaczego, bo pomimo tak „super hiper” składu dla mojej skóry produkt był jakby za słaby. Jak to możliwe? Na to pytanie nie znam niestety odpowiedzi, a mogę jedynie przypuszczać, że spowodowane jest to stosowaniem w mojej pielęgnacji wielu składników aktywnych o dużej mocy i zestawieniu z produktami podbijającymi ich efektywność, przez co produkt tak uniwersalny jak to serum, mógł okazać się przeciętniakiem.

Czy jest to produkt zły? Absolutnie nie. W mojej ocenie jest to serum, które pokochają wszystkie osoby znajdujące się na początku swojej kosmetycznej drogi, które nie znają jeszcze zbyt dobrze potrzeb swojej skóry, a chciały by rozpocząć bardziej świadomą pielęgnację. Dla kogo może być jeszcze dobry? Dla osób po 20- tym roku życia, których skóra posiada jeszcze duże zdolności regeneracyjne, a jedynie czasami potrzebuje delikatnego kopniaka, żeby ruszyć we właściwą stronę.

Cena za 30 ml – ok. 64zł.

Granactive Retinoid 2% Emulsion – Serum z 2% Retinoidem (poprzednio Advanced Retinoid 2%) 

Nie będę owijała w bawełnę. Ten produkt, to póki co mój największy zawód. Po rozpoczęciu kuracji retinolem od Bandi a później o Cosmedici, myślałam, że serum od The Ordinary będzie kontynuacją bardzo udanej podróży. Okazało się zupełnie inaczej.

Preparat ten łączący w sobie dwie formuły aktywnych retinoidów o łącznym stężeniu 2%. Retinoidy to kwasowe pochodne witaminy A, które nie wykazują tak dużych skłonności do podrażnień jak retinol. Zachowują przy tym właściwości przeciwzmarszczkowe, ujednolicają koloryt skóry, rozjaśniają przebarwienia oraz stymulują skórę do regeneracji. Widocznie zmniejszają drobne linie i zmarszczki.

No i prawdopodobnie o samą substancję czynną rozbiły się moje nadzieje na sukces. Okazuje się, że retinoidy z jakiegoś dziwnego powodu nie wywołują na mojej skórze żadnej widnocznej reakcji. Przy stosowaniu poprzednich produktów widziałam dosłownie szybsze gojenie się skóry, wygładzenie zmarszczek, wzrost nawilżenia skóry (oczywiście zdarzyło mi się również widzieć konsekwencje przedawkowania w postaci złuszczania naskórka i przesuszenia), przy tym produkcie nie zauważyłam NIC. Serio… NIC. Jakbym smarowała na skórze delikatniusią emulsję, która się wchłania i wyparowuje ze skóry.

Oczywiście rozumiem, że produkt ten jest delikatniejszy dla skóry i powinien dawać bardziej rozłożone w czasie efekty, przy jednoczesnym minimalizowaniu negatywnych efektów stosowania retinolu, jednak po kilkunastu tygodniach stosowania jakieś efekty powinny być widoczne.

Czy oznacza to, że produkt ten jest bezwartościowy? Ponownie muszę odpowiedzieć, że nie. Wszystko zależy od typu skóry i jej potrzeb. Z lekkiej emulsji z delikatnie działającą witaminą A zadowolone będą skóry suche i wrażliwe, które poszukują składników anti-aging, jednak mają dużą skłonność do podrażnień i ściągnięcia skóry.

Cena za 30 ml- ok. 43zł

Hyaluronic Acid 2% + B5 – Serum Nawilżające z Kwasem Hialuronowym 2% i Witaminą B5

Produkt podstawowy do pielęgnacji skóry każdego typu, który powoduje duże kontrowersje w social mediach. Jakżeby inaczej, ja też mam co do niego pewne przemyślenia.

Nie ukrywam, miałam duże oczekiwania co do tego produktu, ale po pierwszych kilku użyciach bardzo się z nim znienawidziłam. Serum to jest niczym innym jak mieszaniną kwasu hialurownowego o różnej wielkości cząsteczek i panthenolu, czyli powinien działać nawilżająco i łagodząco. Cud, miód i orzeszki. Ha! No właśnie bywa różnie jeśli nieumiejętnie się go używa. Nie wiem jak Wy, ale ja mam olbrzymią tendencję do nadużywania produktów. Uwielbiam dosłownie wylewać sobie coś na skórę licząc, że jeśli dam więcej, to szybciej i lepiej zadziała. Otóż tak jak w przypadku serum z niacynamidem i Buffetu mniej znaczy lepiej. Żel hialuronowy ma to do siebie, że (w zależności od wielkości cząsteczki) wchłania się w różne warstwy skóry i tam przyciąga wilgoć. Jeśli nie dostarczymy jej z zewnątrz, to wilgoć tę wyciągnie ze skóry dając efekt przeciwny. Ponadto nasza skóra ma ograniczone możliwości wchłaniania się kwasu przez co zbyt duża ilość odłoży się na wierzchu i po prostu zaschnie do skorupki. Ja oczywiście na samym początku robiłam oba te błędy- dawkowałam za dużo produktu i nie używałam na wierzch warstwy zapobiegającej parowaniu wilgoci. W efekcie moja skóra po stosowaniu serum była ściągnięta, sucha i tkliwa. Niezbyt fajnie, prawda? Po kilku próbach rzuciłam produkt w kąt i przypomniałam sobie o nim dopiero kiedy w wyniku reakcji alergicznej moja twarz nadęła się jak balon, któremu towarzyszył atopowy wyprysk. Krótko mówiąc twarz swędziała mnie i piekła, a nadwrażliwość uniemożliwiała mi stosowania jakichkolwiek kosmetyków, które w zamierzeniu miały przynieść ulgę. No i tu cały na biało wjechał produkt The Ordinary. Nie przesadzam, serum to dosłownie uratowało mnie przed zdrapaniem sobie skóry. Już w kilkanaście minut po aplikacji złagodziło zaczerwienienie i świąt, oraz delikatnie zmniejszyło obrzęk.

Po całej tej akcji postanowiłam dać serum drugą szansę i tym razem używać go bardziej świadomie. Jakimś dziwnym cudem przypomniałam sobie wtedy, że przecież żel hialuronowy cudownie sprawdza się zmieszane z olejem dobranym do typu skóry, tworząc tzw. serum błyskawiczne, które z pomaga wniknąć olejom wgłąb skóry, niwelując pozostawienie tłustej warstwy. Żel może być również dodawany do kremu, który kończcie pielęgnację, bądź do innych ser, go niezawierających. I tak rozpoczęła się moja droga prawdziwa przygoda z tym produktem. Okazało się bowiem, że sam w sobie nie jest to produkt rewelacyjny, ale cuda zaczynają się dziać w jego koegzystencji z innymi składnikami. Możecie powiedzieć- no super, to kupię sobie żel hialuronowy w sklepie z surowcami , dodam witaminę B5i będę miała ten sam efekt. I wiecie co? Macie rację. Jeśli jednak nie lubicie bawić się w małego chemika, to zawsze możecie po prostu kupić buteleczkę tego produktu, bo porównując cenę surowców i serum The Ordinary, uzyskacie bardzo zbliżone wartości.

Cena za 30 ml- ok 30zł

I na dzisiaj to by było na tyle. Na mojej półce czekają kolejne buteleczki the Ordinary, więc z pewnością nie jest to ostatni wpis o tej marce.

Dajcie koniecznie znać czy miałyście okazję używać tych produktów, czy zgadzacie się z moim zdaniem, czy też macie zupełnie inne spostrzeżenia.

0 0 vote
Article Rating

Może Ci się również spodobać....

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments